POZYTYWNIE NAKRĘCENI NA EDUKACJĘ W IMIĘ NASZEJ WSPÓLNEJ PRZYSZŁOŚCI                    POZYTYWNIE NAKRĘCENI NA EDUKACJĘ W IMIĘ NASZEJ WSPÓLNEJ PRZYSZŁOŚCI                               

Wypalenie zawodowe wśród nauczycieli nie bierze się znikąd.

portret, kobieta, chmuryPani Joanna zapytała nas pod jednym z postów: „Jak czuje się nauczyciel bez wsparcia innych nauczycieli?”

Odpowiedź na to pytanie powinna wybrzmieć głośniej niż wszystkie inne. Bo wypalenie zawodowe wśród nauczycieli nie bierze się znikąd. Nie wynika z „problemów prywatnych”. Nie jest kwestią „słabej psychiki”. To efekt systemu, który każdego dnia wystawia ich na próbę, której nikt nie byłby w stanie unieść w pojedynkę

Podczas ostatniej Konferencja Naukowa „Nie w NORMIE, lecz w FORMIE. Edukacja w Czasach Neuroróżnorodności” nauczyciele mówili nam rzeczy, które trudno zapomnieć.
Mówili o samotności.
O bezsilności.
O tym, że inkluzyjna szkoła w przeładowanych klasach to fikcja — piękna na papierze, nierealna w praktyce.
O tym, że nauczyciel wspomagający jest jeden, a ma być jednocześnie w trzech klasach, bo tak wygląda „organizacja pracy”.
O dzieciach z ogromnymi potrzebami wrzucanych do grup, które już dawno przekroczyły swoje możliwości.
O rodzicach, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich dzieci zachowują się inaczej w grupie rówieśniczej niż w domu — i że to normalne, przewidywalne, a czasem bardzo trudne.

Ale nauczyciele mówili też o czymś, co jest dla nich jednym z największych obciążeń psychicznych:
o codziennym „użeraniu się” z rodzicami, którzy pomimo próśb nie chcą współpracować
o rodzicach, którzy odmawiają diagnoz, choć dziecko ewidentnie potrzebuje wsparcia
o rodzicach, którzy wypierają problemy, bo łatwiej jest powiedzieć „to szkoła jest winna”
o rodzicach, którzy roszczą sobie prawo do wszystkiego, ale nie biorą odpowiedzialności za nic
o rodzicach, którzy oczekują, że nauczyciel „naprawi” dziecko, ale jednocześnie sabotują każdą próbę współpracy 
o rodzicach, którzy ciągle tłumaczą swoje dzieci: "on ma diagnozę" "ona ma emocje"

To jest codzienność nauczyciela. Nie tylko uczenie. Nie tylko wychowywanie. Ale ciągłe tłumaczenie, proszenie, apelowanie, walczenie o dobro dziecka… często wbrew jego własnym rodzicom.

Nauczyciele opowiadali nam o tym, jak wygląda próba dochodzenia swoich praw. To nie jest rozmowa. To nie jest dialog. To nie jest procedura. To jest — jak sami mówią — „kopanie się z koniem”

Bo ochrona nauczyciela jako funkcjonariusza publicznego istnieje tylko w teorii. W praktyce każdy, kto spróbuje z niej skorzystać, zostaje uznany za „problemowego”, „niewygodnego”, „konfliktowego”. Szefostwo krzywo patrzy. Organy prowadzące krzywo patrzą. Rodzice krzywo patrzą. A środowisko nauczycielskie — zamiast trzymać się razem — jest podzielone jak nigdy wcześniej. I nadal się je dzieli.

A teraz coś, co powinno wstrząsnąć każdym rodzicem i każdym decydentem: nauczyciel, który zostaje pogryziony przez dziecko w przedszkolu, nauczyciel z wybitym zębem po ataku ucznia, nauczyciel z obrażeniami wymagającymi obdukcji — bardzo często musi za tę obdukcję zapłacić z własnej kieszeni.

Tak wygląda „ochrona” nauczyciela w praktyce. Tak wygląda system, który mówi: „masz prawa”, a potem zostawia człowieka samego z rachunkiem za udowodnienie, że został skrzywdzony

A jeśli nauczyciel chce walczyć o swoje prawa, musi wynająć adwokata. A to są bajońskie sumy, często przekraczające miesięczną pensję nauczyciela czy pedagoga.

I tu pojawia się kolejny dramat: prawnicy, którzy w teorii powinni wspierać nauczyciela, w praktyce częściej dbają o interes placówki, organu prowadzącego i o to, jak „udobruchać” rodzica, niż o realną ochronę pracownika. Nauczyciel nie ma zaplecza. Nie ma parasola ochronnego. Nie ma nikogo, kto stanie za nim murem.
Wchodzi w konflikt sam — przeciwko systemowi, rodzicom, dyrekcji, organowi prowadzącemu i często… przeciwko własnemu środowisku.

A teraz przejdźmy do tematu, który wraca jak bumerang: pieniądze Bo kiedy nauczyciel mówi o podwyżkach, natychmiast pojawia się chór: „A ile oni chcą zarabiać” „Przecież mają wolne” „Pracują 18 godzin tygodniowo” „To kokosy”. 
Tyle że to są mity.

Nauczyciel nie pracuje 18 godzin tygodniowo — to tylko pensum. Realnie to często 50–60 godzin pracy tygodniowo.
Stawka godzinowa nauczyciela bywa niższa niż stawka pracownika sklepu, kierowcy Ubera czy opiekunki do dziecka.
Zaglądanie nauczycielowi do portfela stało się sportem narodowym, ale nikt nie zagląda do jego kalendarza, w którym nie ma już miejsca na sen.
Nie ma drugiej grupy zawodowej, która tak często musi tłumaczyć, dlaczego zasługuje na podwyżkę.

A wynagrodzenia nadal są nieadekwatne do odpowiedzialności, obciążeń, ryzyka i oczekiwań.

I tu dochodzimy do kolejnej brutalnej prawdy: idzie niż demograficzny  Za chwilę będzie mniej dzieci. Mniej klas. Mniej oddziałów. Mniej etatów. A to oznacza, że nauczyciele — ci, którzy jeszcze zostali — wcale nie będą „potrzebni” systemowi.
Nie dlatego, że są słabi. Nie dlatego, że nie potrafią. Ale dlatego, że zostali zniszczeni, wypaleni, zniechęceni i wypchnięci z zawodu, zanim ktokolwiek pomyślał o tym, jak ich chronić.
Paradoks?
Dramat?
Nie. To rzeczywistość, która nadchodzi szybciej, niż ktokolwiek chce przyznać.
I tak rodzi się wypalenie zawodowe. Nie z „prywatnych problemów”. Nie z „braku odporności”. Ale z systemu, który łamie ludzi po cichu, dzień po dniu. Z samotności, która boli bardziej niż agresja. Z poczucia, że nikt nie stoi po ich stronie. Z tego, że nauczyciel, który próbuje być człowiekiem, jest karany za to, że nie jest maszyną 

A przecież to oni są fundamentem edukacji. To oni widzą, kiedy dziecko cierpi. To oni reagują, kiedy dziecko jest krzywdzone. To oni są pierwszą linią wsparcia, zanim pojawi się psycholog, pedagog, specjalista. To oni trzymają ten system, choć nikt nie powinien dźwigać takiego ciężaru w pojedynkę.

Jeśli chcemy, by nauczyciele zostali — musimy zacząć ich traktować jak ludzi. Z szacunkiem, z wdzięcznością. Z realnym wsparciem, z prawem do granic. Z prawem do bezpieczeństwa i z prawem do godności.

Bo jeśli dalej będziemy udawać, że „jakoś to będzie”, to za chwilę nie będzie już komu uczyć naszych dzieci. A wtedy wszyscy zrozumiemy, jak bardzo potrzebowaliśmy tych ludzi, których przez lata zostawialiśmy samych