Nauczyciel wychodzi z lekcji opluty, podrapany, pobity. Nadal jednak padają pytania: "Co zrobił źle nauczyciel?"
W polskich szkołach dzieje się coś, czego nie wolno już dłużej ignorować ani tłumaczyć „trudnymi czasami”. Nauczyciele wychodzą z lekcji opluci, podrapani, zwyzywani, czasem pobici. Wychodzą z sali z drżącymi rękami, z poczuciem upokorzenia, z lękiem, który zostaje na długo. A kiedy w końcu odważą się o tym powiedzieć, reakcja społeczeństwa bywa zawsze taka sama: „Co zrobił źle?”, „Może sprowokował?”, „Może nie ma kompetencji?”. To jest moment, w którym trzeba powiedzieć jasno: to nie nauczyciel zawodzi. To system, rodzice i dorośli nie zdają egzaminu.
Od kilku dni pierwsze strony wiadomości żyją historią nauczyciela WF i "agresywnego ucznia". Nie widzieliśmy nagrania, choć podobno istnieje. Nie znamy pełnego przebiegu zdarzenia. Znamy jedynie medialne strzępy, emocje i komentarze, które jak zwykle wyprzedzają fakty. I jak zawsze społeczeństwo natychmiast się dzieli. Jedni rodzice piszą o „przemocy nauczyciela” , inni piszą, że nauczyciel po prostu bronił siebie i innych przed "agresywnym uczniem"
. Dwa światy, dwie narracje, jedna rzeczywistość, w której nauczyciel znów zostaje sam na linii ognia.
A w tym wszystkim pojawia się jeszcze jeden dramatyczny element: dyrekcja zawiesza nauczyciela i uruchamia procedury dyscyplinarne, zanim ktokolwiek ustali fakty. Zanim ktokolwiek sprawdzi, czy reagował zgodnie ze Standardami Ochrony Małoletnich. Zanim ktokolwiek zapyta, czy chronił dzieci przed realnym zagrożeniem. Zanim ktokolwiek zapyta, jak on sam się czuje. Wystarczy jedno nagranie, jedno oskarżenie, jeden krzyk rodzica – i nauczyciel staje się winny z automatu. To jest rzeczywistość, w której pracują dziś pedagodzy.
Nauczyciel jest dziś najłatwiejszym celem w całym systemie edukacji. Najłatwiejszym, bo jest najbliżej, bo jest pod ręką, bo nie może się bronić tak jak inni dorośli, bo obowiązuje go etyka zawodowa, procedury, Standardy Ochrony Małoletnich i strach przed konsekwencjami. To sprawia, że można w niego uderzyć bez ryzyka, bez refleksji, bez odpowiedzialności. Wystarczy drobiazg: jedno „proszę usiąść”, jedna uwaga, jedna ocena, jedno „proszę oddać telefon”. I nagle nauczyciel staje się wrogiem publicznym numer jeden. Rodzic pisze wiadomość w tonie, którego nie użyłby wobec żadnego innego specjalisty. Dziecko nagrywa nauczyciela bez zgody, bo „wszyscy tak robią”. Grupa klasowa zamienia się w arenę, na której nauczyciel jest obgadywany, oceniany, wyśmiewany. A internet – jak zawsze – dolewa oliwy do ognia. Nauczyciel jest jedyną osobą w życiu dziecka, wobec której społecznie akceptuje się brak szacunku.
Tymczasem Standardy Ochrony Małoletnich mówią jasno: w sytuacji, gdy uczeń stwarza zagrożenie dla siebie lub innych, nauczyciel ma obowiązek reagować. Ma obowiązek zatrzymać agresję, zabezpieczyć ucznia, odizolować źródło zagrożenia, a jeśli sytuacja tego wymaga – zastosować chwyty ratownicze . Chwyty ratownicze nie są przemocą. Są narzędziem ochrony życia i zdrowia dziecka. To właśnie po to istnieją – by w sytuacji eskalacji agresji zabezpieczyć ucznia, a nie go skrzywdzić. A jednak nauczyciel, który reaguje zgodnie z procedurami, musi się dziś zastanawiać, czy ktoś go nagrywa, czy rodzic nie zrobi afery, czy dyrekcja stanie po jego stronie, czy jutro nie będzie zawieszony, czy nie dostanie dyscyplinarki za to, że zrobił to, co powinien zrobić. To jest absurd. To jest zagrożenie. To jest sytuacja, w której dzieci przestają być bezpieczne, bo dorośli boją się konsekwencji.
W komentarzach pod naszymi wpisami pojawiły się setki głosów. „To już nie jest trudna praca – to jest systemowa porażka” – napisał pan Zbigniew Wilczyński. „Jeśli nauczyciel musi się zastanawiać, czy wróci z pracy bez siniaków albo upokorzenia nagranego telefonem, to nie mówimy o edukacji, tylko o kompletnym rozpadzie zasad. To nie jest kwestia braku kompetencji nauczyciela. To efekt lat rozmywania granic, braku konsekwencji i przerzucania odpowiedzialności z dorosłych na dzieci.” Dzieci zawsze testowały granice. Zmieniło się to, że dorośli przestali je stawiać.
Pani Antonina napisała: „Nauczyciele byli kopani, gryzieni, ciągani za włosy. Dyrekcja zabraniała dzwonić do rodziców, wzywać pogotowie. Oskarżała nas o brak kompetencji. Uczeń był bezkarny przez ponad 8 lat, aż w końcu rzucił ławką w nauczycielkę, łamiąc jej nogę.” To nie jest wyjątek. To jest codzienność w wielu placówkach.
I w tym wszystkim najbardziej bolesne jest to, że kiedy nauczyciel wychodzi z lekcji opluty, podrapany, pobity, społeczeństwo pyta: „Co zrobił źle?”. Kiedy zostaje opluty – pyta się, dlaczego sprowokował. Kiedy zostaje podrapany – pyta się, czy nie przesadza. Kiedy zostaje zwyzywany – pyta się, czy nie mógł inaczej zareagować. Kiedy zostaje pobity – pyta się, czy ma kompetencje do pracy z dziećmi. To jest odwrócenie odpowiedzialności, które nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Nauczyciel nie jest winny temu, że został zaatakowany.
To nie nauczyciele nie dają rady. To system, rodzice i społeczeństwo nie zdają egzaminu. Nauczyciel nie ma narzędzi, nie ma wsparcia, nie ma ochrony, nie ma prawa do błędu, nie ma prawa do emocji, nie ma prawa do obrony. A jednocześnie ma obowiązek radzić sobie z przemocą, agresją, roszczeniowością, brakiem granic i brakiem konsekwencji. To nie jest normalne. To nie jest bezpieczne. To nie jest edukacja.
Nauczyciel, który wychodzi z lekcji opluty, podrapany, pobity, czuje się samotny . Czuje się winny, choć nie zawinił. Czuje się bezradny, choć powinien być wspierany. Czuje się zastraszony, choć powinien być chroniony. Czuje się niewidzialny, choć codziennie bierze odpowiedzialność za cudze dzieci. A my – dorośli – mamy obowiązek to zmienić.